„Polska ma to wyczucie romantycznych postaci, to bezpośrednie wyczucie istotnej wielkości, które zatraciła np. Anglia; nasz stosunek do Napoleona zawsze był fałszywy, teraz dopiero, kiedy lata dzielą nas od niego, widzimy, że Napoleon był istotnie wcieleniem pewnych dążeń liberalnych, chciał oswobodzenia narodów, a nie tylko wielkości Francji. Mówiła Pani, że będąc dziewczynką kochała się Pani niejako idealnie w Napoleonie…”1

To fragment rozmowy pomiędzy Anną Iwaszkiewicz, a Gilbertem Chestertonem podczas jego jedynej wizyty w Polsce, w 1927 roku. Chesterton w księdze pamiątkowej PEN Clubu w Warszawie napisał:

„Gdyby Polska nie narodziła się ponownie, umarłyby wszystkie chrześcijańskie narody”.

Ale cofnijmy się o 115 lat.
Jest rok 1812. Wieszcz przemawia głosem całej Rzeczypospolitej Obojga Narodów:

„Wszyscy pewni zwycięstwa wołają ze łzami:
Bóg jest z Napoleonem, Napoleon z nami”

Cóż tu mówić o entuzjazmie na wieść, że ten zbawca uciemiężonego kraju wyzwalający w tryumfalnym pochodzie Ojczyznę z rąk zaborców zajął Wielkopolskę i właśnie podchodzi pod Wieluń. O tym, że trasa przemarszu będzie prowadziła przez położone w niewielkiej odległości Rychłocice wiedziano – domyślano – się wcześniej.
Nie wiadomo, czy postój Napoleona w Rychłocicach był z góry uzgodniony, czy sprawa rozstrzygnęła się z marszu. Żadne źródła pisane nie potwierdzają tego wydarzenia. Andrzej Trepka, autor książki „Wspominki z Rychłocic” pisze, że „według uporczywej rodzinnej tradycji zatrzymał się rzeczywiście i we dworze świeżo wzniesionym nocował”. Potwierdzeniem według niego jest również to, iż bitą drogę z Wielunia do Łodzi, prowadzącą przez Rychłocice nazywano Traktem Napoleońskim, a wśród miejscowej ludności jeszcze przed wojną pamięć o tym wydarzeniu była tak żywa, jak gdyby mu się przypatrywali osobiście.
Szczęśliwymi świadkami tego eposu wieszczącego, niestety przedwcześnie, wskrzeszenie Ojczyzny, byli ówcześni właściciele Rychłocic: prapradziadek autora Samuel Nekanda-Trepka, jego żona Maria z Bronikowskich i czwórka ich dorosłych dzieci.
Miejsce wybrane na rezydencję było nieprzypadkowe. Autor wspomnień nie bez racji twierdzi, że zbudowany na wyniosłości skarpy dwór nie miałby nawet połowy swojego uroku, gdyby nie jego położenie w zakolu Warty. Z racji ukształtowania terenu zbudowany w dwupoziomowym parku, frontem z kolumnowym gankiem zwrócony jest na wschód. Zdecydowanie efektowniej prezentuje się od strony ogrodu. Tu z obszernego, ograniczonego bocznymi alkierzami tarasu prowadzą dwupoziomowe schody w kierunku rzeki.

Widok od strony ogrodu fot. Mariusz Gaworczyk

Wzór tralek w balustradach schodów skopiowano z Wersalu.
Klasycystyczny dwór wybudowano solidniej i trwalej niż się dziś praktykuje. Ściany wykonano z dobrze wypalonej cegły. Pokoje na parterze mają czterometrową wysokość. Według Andrzeja Trepki tradycja rodzinna głosi, że pierwotnie pomyślany był jako obszerniejszy, piętrowy na całej powierzchni, co wobec jednego ganku z toskańskimi kolumnami od frontu, a po przeciwnej stronie wielobocznego ryzalitu mieszczącego salę balową, z tarasami schodzącymi ku Warcie nadawałoby mu pałacowy wygląd.

Na przeszkodzie tym zamierzeniom stanął… Cesarz Francuzów. To właśnie jego wizyta zaciążyła na obliczu dworu. Zbliżanie się wojsk napoleońskich ponaglało budowniczych. Zdesperowany właściciel majątku podjął dramatyczną decyzję ograniczenia rozmiarów budynku – byle zdążyć z jego wykończeniem przed przybyciem znakomitych gości. W rezultacie parter pozostał zgodny z pierwotnym zamierzeniem, natomiast na piętrze wybudowano jedynie dwa pokoje. Od zachodu, dwór jest bardzo obszerny, z widokiem z trzech dużych okien na dolną część parku graniczącą z Wartą. Od wschodu z balkonem otwartym na starodrzew i trzy stawy. Zamiast kolejnych, planowanych pokoi dwa ogromne strychy pokryto naprędce dachem z dachówki karpiówki (dziś pokryty blachą).

Elewacja frontowa fot. Mariusz Gaworczyk

Hmm… Prawda, to czy też nie? Może właścicielom po prostu zabrakło środków na wzniesienie pałacu zgodnie z projektem i legenda o rychłym przybyciu Napoleona miała to ukryć przed potomnymi? Pozostańmy jednak przy legendzie, barwniejszej i wznioślejszej od prozy codzienności. Po powstaniu styczniowym majątek nieco podupadł, by pod koniec XIX wieku wrócić do dawnej świetności. Jak zwykle w ziemiańskim dworze wnętrza urządzano i wyposażano przez wiele pokoleń. Antyczne meble, kredens gdański w jadalni, pianino z palisandru, wazony z porcelany miśnieńskiej, kolekcja zegarów, a pośród niej zegar z cokołem z białego marmuru przedstawiający księcia Józefa Poniatowskiego skaczącego na koniu w nurt Elstery. W gabinecie wisiały trofea myśliwskie, głównie z polowań w rozległych, majątkowych lasach. Ściany zdobiły obrazy znakomitych malarzy: Wojciecha Kossaka, Juliana Fałata, Józefa Rapackiego, Michała Wywiórskiego, czy Franciszka Lampiego.
Niestety, niedługo po wybuchu II wojny zarządzanie dobrami przeszło w ręce ustanowionego przez okupanta zarządcę, a wkrótce właściciele zostali zmuszeni do opuszczenia Rychłocic. W czasie wojny i ucieczki Niemców dwór został rozgrabiony, cenne przedmioty wywiezione. Po zakończeniu wojny majątek przekształcono w PGR, a dwór po roku 1960 został przebudowany. Paradoksem historii jest fakt, że syn ostatniego właściciela Rychłocic wygrał w 1997 roku przetarg na dzierżawę majątku! A ostatni właściciel majątku Andrzej Nekanda Trepka, miał możliwość przeżycia swoich ostatnich dni w dworze, w którym się wychowywał. Zmarł w 2009 roku i został pochowany na rychłocickim cmentarzu.
Oprócz dworu zachowały się zabytkowe budynki gorzelni i spichlerz z połowy XIX wieku. Wart uwagi jest również drewniany kościół z XVIII wieku ufundowany przez Lucynę Nekanda Trepczynę, babkę autora „Wspomnień”.

Mariusz Gaworczyk


1 Jarosław Iwaszkiewicz Książka moich wspomnień ZYSK i S-KA Poznań, str. 291