Jak nie wiadomo, dlaczego Łódź powstała w miejscu nieposiadającym odpowiednich warunków geograficznych, tak samo nie wiadomo, dlaczego o miasto, niemające znaczenia strategicznego toczono bitwę – jedną z najkrwawszych w historii pisał Mieczysław Hertz w wydanej w 1933 roku książce „Łódź podczas Wielkiej Wojny”.

Po trzech tygodniach bombardowań w samej Łodzi zginęło 135 cywilów, rannych zostało 99, a liczba uszkodzonych nieruchomości wyniosła 291. Inne źródła podają, że śmierć poniosło około 200 osób, a rannych zostało około tysiąca. Po zajęciu miasta Niemcy przystąpili do jego bezlitosnej grabieży. Poszukiwali głównie cennych dla przemysłu wojennego metali. Demontowali blachę miedzianą z wież kościelnych i wiszące w nich dzwony. Konfiskowali rondle z mieszkań, żelazka, klamki do drzwi. Wkrótce w mieście zabrakło podstawowych środków do życia – żywności, opału, nafty do oświetlania, mydła, obuwia i tkanin. Wszystkie artykuły pierwszej potrzeby objęte zostały reglamentacją. Wprowadzono kartki żywnościowe.
Przedsiębiorcy, którym intuicja podpowiadała, że w obliczu zbliżającej się klęski Niemcy nasilą rabunek, wcześniej rozebrali maszyny i ukryli części, a także zapasy tkanin i przędzy. Co ciekawe, wiele kryjówek znalazło się w mieszkaniach i komórkach robotników. Długotrwała wojna i okupacja doprowadziły miasto niemal do ruiny.
Władze miejskie od pierwszych dni niepodległości borykały się z niesłychanymi trudnościami gospodarczymi. Ogromnym wyzwaniem stało się uruchomienie zdewastowanych fabryk i rozpoczęcie produkcji. Kłopoty potęgowały braki surowca i trudności z dostarczeniem węgla do napędu maszyn.

„Przemysł i Handel” oficjalny organ Ministerstwa Przemysłu i Handlu donosił: Do końca 1919 roku zdołano w Polsce uruchomić zaledwie 20 proc. potencjału przemysłu włókienniczego.
Pierwszy od chwili odzyskania niepodległości powszechny spis ludności w 1921 roku wykazał, że miasto liczyło 452 tysiące mieszkańców, a więc znacznie mniej niż w chwili wybuchu wojny. Zmieniła się też struktura narodowościowa mieszkańców. Polacy stanowili 62 proc. zaludnienia, Żydzi 31 proc., a Niemcy 7 proc. W porównaniu do spisu sprzed ćwierćwiecza liczebność Polaków wzrosła o 60 proc. Spowodował to głównie napływ do miasta ludności wiejskiej. Jednocześnie spis ten wykazał, że Łódź była miastem proletariuszy. 62 proc. ogółu ludności stanowili robotnicy przemysłowi.

Miasto, choć silnie uprzemysłowione, nie stwarzało dobrego wrażenia. Rozległe, płaskie, brudne i drewniane. Duża liczba pustych placów, niezabudowanych parceli odkrytych z powodu rozkradzenia na opał niemal wszystkich płotów. Z wyjątkiem ścisłego centrum ni to miasto, ni to to wieś, raczej rozległa, fabryczna osada pretendująca do roli przemysłowej metropolii. Nieprawdopodobnie zaśmiecona, zatęchła, przesycona odorem rynsztoków i rowami wypełnionymi spływającymi z wykończalni cuchnącymi chemikaliami, przy których bawiły się dzieci. Do chaosu urbanistycznego dochodziła niska jakość powstających budowli.

W 1921 roku spośród 16000 budynków mieszkalnych tylko 30 miało 5 pięter, a zaledwie kilka powyżej sześciu. Najwyższym budynkiem niesakralnym Łodzi, aż do 1955 roku był liczący 7 pięter (35 metrów wysokości) hotel Savoy, wybudowany dla wiedeńskiego przemysłowca Samuela Ringera. Zastosowana w nim konstrukcja szkieletowa była jak na tamte czasy rozwiązaniem nowatorskim. Wyposażony był w kanalizację (do szamba), windę i elektryczne oświetlenie. Nie zmieniało to faktu, że na jego wewnętrznym podwórku suszyła się bielizna i przechadzały kury.
Miasto oświetlone rzadko rozstawionymi latarniami opisuje w książce „Hotel Savoy” Józef Roth: „Bruk był zniszczony, pełen dziur i nagłych wybojów, na wyboistych miejscach leżały gnijące deski, które zaskakująco trzeszczały. Wszelako miasto przyjemniej wyglądało wieczorem niż w dzień. Przed południem było szare, unosił się nad nim dym z olbrzymich kominów pobliskich fabryk, na rogach ulic siedzieli skuleni i brudni żebracy, a na wąskich uliczkach leżały śmiecie i gnój. Ciemność jednak po macierzyńsku ukrywała, dobrotliwie przebaczała i tuszowała brud, występki, zarazę i nędzę. Domy, zniszczone i tylko odrapane, wydają się w ciemności upiorne i tajemnicze, o kapryśnej architekturze. […] Cuchnęło w tym mieście, jak gdyby to tutaj spadł deszcz smoły i siarki, a nie na Sodomę i Gomorę.

Nawet deszcz był przesiąknięty węglowym pyłem. Jest to miasto deszczu i beznadziejności. Drewniane chodniki gniją, deski piszczą, gdy się po nic stąpa, jak mokre podziurawione podeszwy. Żółty, leniwy szlam w rynnach rozpuszcza się leniwie i płynie dalej. W każdej kropli deszczu kryje się tysiąc pyłków węglowych, które przylepiają się do twarzy i ubrań ludzi. […] W tym mieście człowiek chamieje. Czaszkę człowiekowi zaszywają. Mózg usycha.”

Miasto było przeludnione i głodne. Aby nie prowokować incydentów wywoływanych przez wygłodniałych robotników władze miasta zakazały wypieku ciast!
Już i tak trudną sytuację mieszkaniową pogłębiał znaczny napływ do miasta ludności z okolicznych wsi oraz Żydów z terenów zajętych przez bolszewików zwanych „Litwakami”. Prasa alarmowała: „W mieście jest tak straszliwy brak mieszkań, iż w jednym pokoju mieści się często po kilkanaście osób, składających nieraz parę rodzin”. Władze miasta wobec problemu były bezradne, z powodu braku środków finansowych na budownictwo mieszkaniowe.

Fatalne warunki pogłębiał fakt, że te pokoje – mieszkania nie były wyposażone w bieżącą wodę i kanalizację, do której budowy przystąpiono w 1925 roku wg projektu opracowanego w 1909 roku przez angielskiego inżyniera Williama H. Lindleya. Kierownikiem budowy został jego długoletni współpracownik inżynier Stefan Skrzywan. Rada Miejska podjętą w 1924 roku uchwałę o budowie kanalizacji uznała, po uchwalonym w 1919 roku wprowadzeniu powszechnego przymusu szkolnego za najważniejszą uchwałę łódzkiego samorządu, stanowiącą epokę w życiu miasta.
Ale mimo fatalnych warunków sanitarnych i powszechnej wydawałoby się brzydoty, wyłącznym zainteresowaniem kursem dolara i cen bawełnianej, cienkiej przędzy próbowano doszukać się w tym zadymionym mieście odrobiny choćby piękna. Jak w latach dwudziestych pisał redaktor St. Borawski piękna utajonego, niby zawstydzonego, kryjącego się w bocznych ulicach za wysokimi sztachetami ogrodowych murów, w głębi pozornie mrocznych placów i gmachów.
Od ulicy Zachodniej zaczynało się „państwo murów fabrycznych”. Tuż po zakończeniu wojny, profesor Noakowski podczas odczytu na Politechnice Warszawskiej mówiąc o symbolice stylów, jako przykład symbolu siły brutalnej, mocarnej, ale jednocześnie spętanej wolą człowieka pokazał na ekranie zdjęcie korpusu fabrycznych zabudowań firmy I.K. Poznański.
Niemniej dosadnie pojęcie siły w motywach architektonicznych prezentuje portal przędzalni L. Grohmana przy ul. Przędzalnianej. Wysoka brama, łagodnie sklepiona spoczywa lekkim, półokrągłym łukiem na dwóch masywnych, prawie romańskich kolumnach. I to „prawie” jest bardzo charakterystyczne dla architektury Łodzi. Bowiem na ul. Piotrkowskiej, na wprost cichej ulicy Ewangelickiej, pomiędzy trzypiętrowe kamienice przesadnie ozdobione tanią sztukaterią wciśnięty został pałacyk Schlosserów. Gładki fronton z piaskowca kieleckiego zdobi jeden tylko balkon w stylu „prawie” weneckiego renesansu. Nieco dalej, pomiędzy niskimi domkami, a stuletnim gmachem przędzalni L. Geyera stanęły dwa masywne pałace rodziny Steinertów. Te z kolei „prawie” barokowe – Alt Heidelberg z XVII na XVIII wiek skopiowane dokładnie i jedyne w tym stylu ponoć w całym kraju.

To właśnie, charakterystyczne dla Łodzi, będące zaprzeczeniem wzorowo opracowanego przez Rembielińskiego planu podziału miasta na wyraźnie wydzielone strefy funkcjonalne chaotyczne rozproszenie i przemieszanie terenów przemysłowych z zabudową mieszkalną spowodowało, że znacznie wzrosła uciążliwość fabryk dla otoczenia.
W tym kontekście zdumienie może budzić fakt usytuowania wielu pałaców fabrykanckich w bezpośrednim sąsiedztwie zakładów przemysłowych oraz nędznej zabudowy robotniczej i to w nawet najbardziej zaniedbanych i niezdrowych dzielnicach miasta. Było specyfiką wyłącznie łódzką, że nowobogacka oligarchia przemysłowa nie szukała dla swych siedzib miejsc zdrowszych i bardziej reprezentacyjnych. Z dorobkiewiczowskiego nawyku urządzane z przepychem, zazwyczaj pretensjonalne pałace wznoszono tuż obok własnych fabryk, aby tym skuteczniej czuwać nad pomnażaniem majątku.

Do najbardziej interesujących zaliczyć można pałace K. Scheiblera, E. Herbsta oraz trzy pałace Poznańskiego: przy ul. Ogrodowej 15, Gdańskiej 32 i Więckowskiego 36.
Godne podkreślenia jest, że najlepsze projekty architektoniczne dla nowobogackiej klienteli niemieckiego i żydowskiego pochodzenia tworzyli polscy architekci (J.F. Bojankowski 1864-1870; H. Majewski 1872-1892; F. Chełmiński 1892-1911; a także P. Brukalski, B. Żochowski, I. Stebelski, C. Domaniewski).
Najważniejsze problemy związane z prawidłowym funkcjonowaniem miasta udało się rozwiązać dopiero wiele lat później. Do wybuchu II wojny światowej z kanalizacji korzystała zaledwie jedna trzecia mieszkańców. Studnie wodociągowe zaczęto wiercić na Stokach dopiero w 1935, a woda miała popłynąć w 1941 r.

Mariusz Gaworczyk